Kategorie: Wszystkie | bary | herbaciarnie, kawiarnie | lokale | pizzeria | restauracje
RSS

restauracje

piątek, 26 października 2012

Jest taka pizzeria w sercu Wrocławia, która sprawdza się o każdej porze, w każdą pogodę, w każdym towarzystwie i w każdej sytuacji (i nie są to czcze słowa, ale o tym później). Nie twierdzę, że jest bez wad, ale jednak zalety przeważają. Niezwykle łatwo ją znaleźć, bo mieści się bezpośrednio przy Rynku. Poza tym, w niewielu pizzeriach można poczuć australijskie klimaty oraz porozmawiać o… strusiach. No ale w „Pizzerii pod II Strusiem” to nic takiego. Ot, dzień jak co dzień.

ostrichDlaczego warto przynajmniej raz zawitać do tego miejsca?

 Przyjemnie się tam siedzi o każdej porze: w tygodniu, pomiędzy zajęciami na uczelni, w przerwach między lataniem na rozmowy kwalifikacyjne a spotkaniami biznesowymi. W deszcz, w upał i… mróz (wszystkie opcje przetestowałam na własnej skórze w przeciągu ostatnich paru lat).

 Niezależnie od godziny i sytuacji, dopóki nie zamykają, śmiało możesz kierować się w stronę „Strusia” na Ruskiej. W samo południe, pod wieczór, czy… bardzo późnym wieczorem. Sprawdza się po egzaminie, po niefortunnej rozmowie kwalifikacyjnej czy pomiędzy nocną wizytą w jednym klubie a drugim.

 Najlepsze są „posiadówki” w większym gronie, ale w mniejszym również nie zawadzi. Szczerze powiedziawszy, to i w pojedynkę spokojnie można wysiedzieć. I przy okazji wreszcie skupić się na jedzeniu.

Ostatnim razem zamówiłam (jak zwykle) małą pizzę o wdzięcznej nazwie „Skrzydlata” (8,70 zł; składniki: sos, ser, kurczak, ananas, zioła). W sensie, powinna chyba dodawać skrzydeł jak Red Bull czy coś.

Moje wrażenia (na plus):

  •  dobre ciasto, ani za grube ani za cienkie,
  •  składników w sam raz (no może gdyby było ociupinkę więcej ananasa),
  •  nie za ostra, a zawsze można przyprawić sosem.


Na minus:

  •  Mała pizza, to naprawdę mała pizza (dobra na lżejszą przekąskę, ale łasuchom polecam średnią pizzę).
  •  Sos (2,50 zł) czy ketchup trzeba dokupić osobno. Kupując bez sosu (najlepszy: majonezowo-jogurtowy i czosnkowy) pizza staje się dość bezbarwna w smaku (ale moja subiektywna opinia).

pizzaGeneralnie, kto jeszcze nie zawitał do „Strusia” a lubi pizzę (i nie tylko, menu wzbogacono o pozycje obiadowe, kusiły mnie ostatnio dość mocno naleśniki ze szpinakiem albo tradycyjne drugie danie), bez wątpienia powinien nadrobić zaległości. Plus: świetna lokalizacji pizzerii na ulicy Ruskiej, zaledwie rzut kamieniem od Rynku. 

Ale żeby nie było tak słodko i sielankowo: Na koniec trzy rzeczy, których osobiście nie polecam w „Strusiu”:

  •  Gorąca czekolada – jestem fanką czekolady i próbuję jej w każdym możliwym lokalu, w którym takową serwują. Tutaj nie polecam: chyba, że ktoś chciałby się akurat napić kakao.
  •  Mała pizza Margherita bez sosu – jestem na nie. Pizza kosztuje tylko 6,90 zł i to się czuje. Mało składników, w dodatku średnio hojnie obsypanych na cieście. Być może dokupienie sosu ratuje sytuację, ale mnie to nie przekonuje.
  •  Piwo australijskie – brzmi dumnie, ale kolega z niesmakiem przyznał raz, że smakuje jak piwo z Mirindą. I owszem, kelnerka przyznała że jest to „piwo z sokiem pomarańczowym”. Kto nie przepada za takim połączeniem, niech sobie daruje.

 

 

21:42, slodkogorzkie_zycie , restauracje
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 września 2012

Za oknem słońce, a ja kicham i kaszlę. O wypadzie do jakiejkolwiek restauracji mogę zapomnieć. Z tego względu dzisiaj będzie trochę wakacyjno-kulinarnych wspomnień. Po pierwsze, w niedzielne popołudnie marzył mi się makaron, a nie rosół (no, ale człowiek przeziębiony nie narzeka). Po drugie, pewna potrawa bezpowrotnie kojarzy mi się z wakacjami. I z restauracją Sphinx.

makaron

Sieć restauracji Sphinx zna niemal każdy mieszkaniec większego miasta. W samym Wrocławiu trochę ich jest. Co ciekawe, będąc u siebie, nigdy nie miałam jakoś okazji bądź motywacji, żeby do niego wejść. Aż pojechałam na wakacje. Najpierw Kraków, później Trójmiasto. Dawna stolica Polski przywitała mnie pochmurnym niebem. Po zwiedzeniu Wawelu na zewnątrz czaił się na mnie deszcz. No i byłam głodna. Jakoś trafiłam do Sphinxa . I co mnie zainteresowało w karcie dań?

Makaron. Penne Spinaci. „Włoski makaron penne w delikatnym sosie śmietanowo-szpinakowym, pachnący czosnkiem”. Porcja 400 g. Dla głodnego to chyba nie dużo, chociaż nie wiem. Lubię makaron, szpinak, śmietanę. Sosem czosnkowym też nie pogardzę. Także opcja idealna dla mnie. Gdy przesympatyczny kelner (naprawdę sympatyczny, aż zostawiłam nieprzyzwoicie wysoki napiwek, a co!) podał danie, nieco się zdziwiłam. Wyglądało jak zwykły makaron (przez zwykły to ja rozumiem coś a la makaron świderki) polany sosem (zapach niczego sobie). Zaczęłam jeść. Sos pycha! A człowiek głodny nie narzeka, że oczekiwał cudów na kiju. Smakowało świetnie. Co prawda, cena 19,90 zł, to dość drogo.

Miłośnikom makaronu i szpinaku - polecam. Sos, sos i jeszcze raz ten wspaniały sos. Ostatecznie, będąc na głodzie w czasie trójmiejskich wojaży, z braku innych pomysłów, wpadłam w Gdańsku do Sphinxa i automatycznie zamówiłam Penne Spinaci. To chyba najlepszy dowód na to, że jednak warto spróbować. Potrawa jest dobra o ile jesteś w stanie zamówić ją po raz drugi. Gdy wyzdrowieję, na pewno wybiorę się do wrocławskiego Sphinxa, a tych mam tutaj pod dostatkiem. Jeśli pogoda zrobi się fatalna, to pewnie wezmę makaron. Jak nic przypomni wakacyjne przygody.

Hmm… a może to nie sos, a wakacji smak, tak podniósł w moich oczach tę potrawę. Kto wie, na pewno jeszcze to sprawdzę. A póki co cieszmy się ostatnimi chwilami uciekającego weekendu.

free counters