Kategorie: Wszystkie | bary | herbaciarnie, kawiarnie | lokale | pizzeria | restauracje
RSS
środa, 10 października 2012

Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu. Tak to jednak jest, gdy człowiekowi się nie przelewa i sukcesem nie jest „zjadłem i było dobre”, ale „zjadłem prawie za darmo i się nie pochorowałem po spożyciu”. Dzisiaj będzie więc o tym, jak mając niecałe 10 zł i pół godziny czasu na mieście, zjeść coś jadalnego i nawet zabić (odrobinę!)głód.

przed tostoria

Ostatnimi czasy panuje w naszym kraju (i nie tylko) moda na biedę młodych ludzi, bezrobocie, stracone pokolenia i takie tam. Nie mogę się doczekać aż modne będzie bycie bogatym i glamour. Z radością zmienię panujące w moim otoczeniu trendy. Póki co, na obiad zapiekanki zamiast sushi.

Zapiekanka zapiekance nierówna. Polowanie na obiad zaczynam w przejściu podziemnym koło placu Jana Pawła II. W każdym podziemiu znajdziesz bar z zapiekankami i hot dogiem, ale powiedzmy sobie szczerze – nawet będąc głodnym, nie jesteś aż tak zdesperowany by z nich skorzystać. Lecę więc dalej ulicą Ruską w stronę Heliosa. Mijam jakiś minibarek z zapiekankami, rzekomo bardzo smacznymi. Kiedyś się skusiłam. Nie polecam.

Dobiegam do Rynku i szacuje w myślach poziom ssania w żołądku. Duży głód: lecę do Zapiekanerii w Przejściu Świdnickim, mniejszy głód – lecę do Tostorii. Dobra, mniejszy głód. Poza tym mam ochotę na szpinak. Wpadam do Tostorii na Oławskiej (nawet nie ma tłoku i można sobie usiąść), zamawiam „tostini szpinak” za 5,50 zł i grzecznie czekam. Łudzę się, że skoro wzięłam szpinak zamiast szynki, to będzie zdrowiej i pożywniej, ale kogo tu chcę oszukać? Zawsze proszę o polanie sosem czosnkowym (biada temu kto poleje mi ketchupem) i jem.

Śmiało mogę rzec, że Tostoria to niemal ekskluzywny minibar z zapiekankami (w zestawieniu z budkami, kioskami koło uniwersytetu czy stołówkami i małymi barami). Faktycznie nie kłamią z chrupiącym tostini. Jadłam wielokrotnie i nigdy nie dostałam zimnej, twardej i niejadalnej. Minusem tostini szpinak jest natomiast … niedomiar składników. Sama chrupiąca bułka i szpinak to trochę mało. Nie najadłam się do końca, w połowie jedzenia zaczęłam żałować, że nie wzięłam tostini ananas, które w tej samej cenie oferuje takie składniki jak: szynka, ananas i ser.

Podsumowując: jak po zapiekankę, to do Tostorii. Jak jesteś mocno głodny, to nie inwestuj w tostini szpinak, bo się nie najesz. I ostatnie: tostini szpinak to faktycznie tostini ze szpinakiem i nic więcej. Naprawdę nic więcej. To tyle na dzisiaj, głód nie sprzyja wylewnym wpisom, ale w weekend obiecuję poprawę, bo i grosza trochę będzie i jakaś biesiada w większym gronie się zapowiada. Oby szło ku dobremu.

21:27, slodkogorzkie_zycie , bary
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 września 2012

Za oknem słońce, a ja kicham i kaszlę. O wypadzie do jakiejkolwiek restauracji mogę zapomnieć. Z tego względu dzisiaj będzie trochę wakacyjno-kulinarnych wspomnień. Po pierwsze, w niedzielne popołudnie marzył mi się makaron, a nie rosół (no, ale człowiek przeziębiony nie narzeka). Po drugie, pewna potrawa bezpowrotnie kojarzy mi się z wakacjami. I z restauracją Sphinx.

makaron

Sieć restauracji Sphinx zna niemal każdy mieszkaniec większego miasta. W samym Wrocławiu trochę ich jest. Co ciekawe, będąc u siebie, nigdy nie miałam jakoś okazji bądź motywacji, żeby do niego wejść. Aż pojechałam na wakacje. Najpierw Kraków, później Trójmiasto. Dawna stolica Polski przywitała mnie pochmurnym niebem. Po zwiedzeniu Wawelu na zewnątrz czaił się na mnie deszcz. No i byłam głodna. Jakoś trafiłam do Sphinxa . I co mnie zainteresowało w karcie dań?

Makaron. Penne Spinaci. „Włoski makaron penne w delikatnym sosie śmietanowo-szpinakowym, pachnący czosnkiem”. Porcja 400 g. Dla głodnego to chyba nie dużo, chociaż nie wiem. Lubię makaron, szpinak, śmietanę. Sosem czosnkowym też nie pogardzę. Także opcja idealna dla mnie. Gdy przesympatyczny kelner (naprawdę sympatyczny, aż zostawiłam nieprzyzwoicie wysoki napiwek, a co!) podał danie, nieco się zdziwiłam. Wyglądało jak zwykły makaron (przez zwykły to ja rozumiem coś a la makaron świderki) polany sosem (zapach niczego sobie). Zaczęłam jeść. Sos pycha! A człowiek głodny nie narzeka, że oczekiwał cudów na kiju. Smakowało świetnie. Co prawda, cena 19,90 zł, to dość drogo.

Miłośnikom makaronu i szpinaku - polecam. Sos, sos i jeszcze raz ten wspaniały sos. Ostatecznie, będąc na głodzie w czasie trójmiejskich wojaży, z braku innych pomysłów, wpadłam w Gdańsku do Sphinxa i automatycznie zamówiłam Penne Spinaci. To chyba najlepszy dowód na to, że jednak warto spróbować. Potrawa jest dobra o ile jesteś w stanie zamówić ją po raz drugi. Gdy wyzdrowieję, na pewno wybiorę się do wrocławskiego Sphinxa, a tych mam tutaj pod dostatkiem. Jeśli pogoda zrobi się fatalna, to pewnie wezmę makaron. Jak nic przypomni wakacyjne przygody.

Hmm… a może to nie sos, a wakacji smak, tak podniósł w moich oczach tę potrawę. Kto wie, na pewno jeszcze to sprawdzę. A póki co cieszmy się ostatnimi chwilami uciekającego weekendu.

środa, 26 września 2012

Życie mamy niełatwe, z pracą ciężko. Jednak zamiast płakać, że młodość mija nam na żalach i rwaniu włosów z głowy, trzeba sobie znaleźć jakieś niewinne hobby. Ku pokrzepieniu serc. Albo podniebienia. Podobnie jak bohaterka filmu „Julia & Julia” grana przez Meryl Streep przyznaję: o gotowaniu nie wiem nic. I póki co, nie planuje niczego zmieniać w tej kwestii. Za to uwielbiam jeść. Toteż będę jadła i pisała co myślę o menu w niejednej wrocławskiej restauracji, kawiarni czy pizzerii. A co!

czekolada

Jesień przyszła niespodziewanie. Jasne, możemy udawać że wcale nie jest zimno i wytrwale spacerować po Rynku w sandałach, ale nie oszukujmy, to złudzenie. Gdy robi się chłodno, człowieka opuszcza chęć przesiadywania w restauracyjnych ogródkach (na bogato) czy na Wyspie Słodowej (hipstersko i oszczędnie). Trzeba zatem poszukać jakiegoś miłego lokalu.

Po zamknięciu kawiarni „Wydawnictwo” (straszna strata, ubolewam nad tym ze znajomymi!) przerzuciłam się, w ramach buntu przeciwko złu całego świata, na herbaciarnię „K2”. Wrocławianom pewnie więcej powie nazwa „Czeski film”, który mieści się tuż obok. K2 to miejsce ukryte dla niewtajemniczonych – trzeba wiedzieć, gdzie szukać, albo zgubić się i trafić tam zupełnie przypadkowo.

Jednak do rzeczy. Pod koniec miesiąca na nadmiar gotówki się nie narzeka, także pierwsza rzecz, która mniej uderzyła w menu to… przystępne ceny. Naprawdę przystępne. Za niemałą czekoladę z bitą śmietaną (miła kelnerka nie żałowała mi tego drugiego, bo aż mi się wylewała poza brzegi) zapłaciłam zaledwie 6,90 zł. To może teraz o samej czekoladzie. Wybrałam ją raz, że chciałam się rozgrzać i dwa, mam już pewne rozeznanie w tej materii, w innych lokalach.

Krótka, subiektywna recenzja: czekolada gęsta, trochę aż za bardzo (mimo to pewnie zamówię ją jeszcze parę razy, bo już tak mam, że słodyczy nigdy nie dość), trochę jakbyśmy rozpuścili tabliczkę słodkiej Milki i zabrali się do picia. Bita śmietana całkiem, całkiem, słodka ale nie za bardzo. Czekolada jest idealną propozycją, gdy człowiek ma doła i chciałby sobie osłodzić gorycz dnia codziennego. Uwaga: nie polecam tej czekolady osobom, które nie lubią bardzo słodkich rzeczy. Możecie przesłodzić.

Na pierwszy raz, to tyle wystarczy, wpadnę jeszcze nie raz do „K2” to opiszę inne pozycje w menu. Generalnie polecam kawiarnię, bo miejsce całkiem przyjemne, ceny przystępne, czekolada dobra a obsługa miła. Czego chcieć więcej?

P.S. Zdjęcie dałam przypadkowe, nie miałam aparatu, a nie chciałam, żeby wpis był "łysy", także nie sugerujcie się czekoladą ze zdjęcia.

21:29, slodkogorzkie_zycie
Link Komentarze (2) »
1 , 2
 
free counters