Kategorie: Wszystkie | bary | herbaciarnie, kawiarnie | lokale | pizzeria | restauracje
RSS
sobota, 27 kwietnia 2013

Mój blog od pewnego czasu stoi nieużywany. Nie wiem czy coś się zmieni w tej kwestii. Mam nadzieję, że za jakiś czas wrócę do pisania.

Tymczasem życzę udanej majówki!

13:56, slodkogorzkie_zycie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 listopada 2012

Mea culpa. Ostatnio nie mogłam się zabrać do pisania na blogu. Chyba powoli zapadam w sen zimowy. Lato, gdzie jest moje słoneczne lato? Na pocieszenie – we Wrocławiu na Rynku już niedługo zacznie się jarmark bożonarodzeniowy (czekam z niecierpliwością!). Tymczasem boli mnie gardło i bezustannie chce się pić. Także dzisiaj krótko o piciu. Co przywróci moje gardło do równowagi – gorąca czekolada ze Starbucks’a czy zimny „Żwirek i Muchomorek”?

 

Gorące jak…

chocoSą dwie szkoły walki z objawami bólu gardła. Pierwsza mówi: wlewaj gorące! No to wybrałam się z koleżanką do Starbucksa na Rynku. Ja, niepijąca kawy, mam tam szeroki wachlarz trunków do wyboru (dla niełapiących ironii, tak, to jest ironia). Wybrałam więc, jak na konesera czekolady przystało, Classic Hot Chocolate za 10,50 zł. Nie dostałam papierowego kubka z własnym imieniem, pech (dają tylko na wynos).

Wrażenia na temat czekolady: niezła, bita śmietana całkiem całkiem, a czekolada nie za słodka, ani zbyt gęsta, ani zbyt rzadka. Miała tylko jedną wadę - nie była wystarczająco ciepła, a przecież w nazwie czekolady pojawia się słowo „hot”. Mimo tej małej niedogodności, czekolada z pewnością godna polecenia. A w piątkowe popołudnie Starbucks nie pękał w szwach, więc przy kawie i czekoladzie dało się nawet rozmawiać.

Zimne jak…

drinksDruga szkoła walki z bólem gardła w zimie mówi: wlewaj zimne! Co prawda większość światowej populacji zgadza się z tym, żeby nie wlewać lodowatego, ale co najwyżej letnie. Wpadłam więc do K2 na jakiegoś małego bezalkoholowego drinka. Mam słabość do „Żwirka i Muchomorka”. Mała słodka rzecz a cieszy (a 6 zł to cena na każdą kieszeń). Tylko te kostki lodu… hmm… chyba jednak trochę się wstrzymam z piciem, bo lodowate gardłu nie służy.

K2 jest miejscem dość… bajkowym. Dużo cukru, lukru i słodyczy. W menu co prawda znajduje się alkohol, ale nie gra pierwszych skrzypiec w wyborach klientów. W końcu to herbaciarnia a nie pub. Nie mówiąc już o tym, że aby się dostać do lokalu trzeba pokonać wysokie schody. Już widzę jak człowiek po paru głębszych po nich schodzi. Upadek mógłby być bardzo ciężki, nikomu nie polecam.

Na dzisiaj tyle. Gardło wciąż pobolewa więc nie jestem w najlepszej blogerskiej formie.

 

piątek, 26 października 2012

Jest taka pizzeria w sercu Wrocławia, która sprawdza się o każdej porze, w każdą pogodę, w każdym towarzystwie i w każdej sytuacji (i nie są to czcze słowa, ale o tym później). Nie twierdzę, że jest bez wad, ale jednak zalety przeważają. Niezwykle łatwo ją znaleźć, bo mieści się bezpośrednio przy Rynku. Poza tym, w niewielu pizzeriach można poczuć australijskie klimaty oraz porozmawiać o… strusiach. No ale w „Pizzerii pod II Strusiem” to nic takiego. Ot, dzień jak co dzień.

ostrichDlaczego warto przynajmniej raz zawitać do tego miejsca?

 Przyjemnie się tam siedzi o każdej porze: w tygodniu, pomiędzy zajęciami na uczelni, w przerwach między lataniem na rozmowy kwalifikacyjne a spotkaniami biznesowymi. W deszcz, w upał i… mróz (wszystkie opcje przetestowałam na własnej skórze w przeciągu ostatnich paru lat).

 Niezależnie od godziny i sytuacji, dopóki nie zamykają, śmiało możesz kierować się w stronę „Strusia” na Ruskiej. W samo południe, pod wieczór, czy… bardzo późnym wieczorem. Sprawdza się po egzaminie, po niefortunnej rozmowie kwalifikacyjnej czy pomiędzy nocną wizytą w jednym klubie a drugim.

 Najlepsze są „posiadówki” w większym gronie, ale w mniejszym również nie zawadzi. Szczerze powiedziawszy, to i w pojedynkę spokojnie można wysiedzieć. I przy okazji wreszcie skupić się na jedzeniu.

Ostatnim razem zamówiłam (jak zwykle) małą pizzę o wdzięcznej nazwie „Skrzydlata” (8,70 zł; składniki: sos, ser, kurczak, ananas, zioła). W sensie, powinna chyba dodawać skrzydeł jak Red Bull czy coś.

Moje wrażenia (na plus):

  •  dobre ciasto, ani za grube ani za cienkie,
  •  składników w sam raz (no może gdyby było ociupinkę więcej ananasa),
  •  nie za ostra, a zawsze można przyprawić sosem.


Na minus:

  •  Mała pizza, to naprawdę mała pizza (dobra na lżejszą przekąskę, ale łasuchom polecam średnią pizzę).
  •  Sos (2,50 zł) czy ketchup trzeba dokupić osobno. Kupując bez sosu (najlepszy: majonezowo-jogurtowy i czosnkowy) pizza staje się dość bezbarwna w smaku (ale moja subiektywna opinia).

pizzaGeneralnie, kto jeszcze nie zawitał do „Strusia” a lubi pizzę (i nie tylko, menu wzbogacono o pozycje obiadowe, kusiły mnie ostatnio dość mocno naleśniki ze szpinakiem albo tradycyjne drugie danie), bez wątpienia powinien nadrobić zaległości. Plus: świetna lokalizacji pizzerii na ulicy Ruskiej, zaledwie rzut kamieniem od Rynku. 

Ale żeby nie było tak słodko i sielankowo: Na koniec trzy rzeczy, których osobiście nie polecam w „Strusiu”:

  •  Gorąca czekolada – jestem fanką czekolady i próbuję jej w każdym możliwym lokalu, w którym takową serwują. Tutaj nie polecam: chyba, że ktoś chciałby się akurat napić kakao.
  •  Mała pizza Margherita bez sosu – jestem na nie. Pizza kosztuje tylko 6,90 zł i to się czuje. Mało składników, w dodatku średnio hojnie obsypanych na cieście. Być może dokupienie sosu ratuje sytuację, ale mnie to nie przekonuje.
  •  Piwo australijskie – brzmi dumnie, ale kolega z niesmakiem przyznał raz, że smakuje jak piwo z Mirindą. I owszem, kelnerka przyznała że jest to „piwo z sokiem pomarańczowym”. Kto nie przepada za takim połączeniem, niech sobie daruje.

 

 

21:42, slodkogorzkie_zycie , restauracje
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 października 2012

Nie wiem czemu, ale herbata kojarzy się zwykle z nudą i ciepłymi kluchami. Bo jak dwie psiapsiółki idą poplotkować, to nie na jakąś herbatkę, tylko na kawę. I znowuż nie na byle jaką kawę ale kawę ze Starbucksa (młodzi) ewentualnie Tchibo (dla konserwatystów, zwykle w średnim wieku, ale nie tylko). Ze znajomymi, całą bandą, idzie się na piwo, bo piwo, wiadomo, alkohol, procenty, siala lala. Wiejsko-miejska impreza bez wódki, to nie impreza. Ludzie z klasą (lub powiedzmy sobie szczerze, z kasą) piją whisky. Baby wino i likier. I piwo z sokiem. A co z herbatą? Czy da się lansować w herbaciarni?

Okazuje się, że herbata też może smakować i być trendy. Trzeba tylko wiedzieć, w którymSahlep lokalu trzeba bywać i gdzie nie wypada jej nie zamówić. We Wrocławiu bez wątpienia takim miejscem jest Czajownia. Byłam dotąd dwa razy. Ani razu nie piłam herbaty, ale wszystko przede mną.:)

Miejsce jest naprawdę klimatyczne, zwłaszcza w lecie gdy można posiedzieć w ogródku nazywam wielkopańsko pawilonem herbacianym lub swojsko ogródkiem bambusowym. Gdy jest nieco chłodniej można utonąć w głębi lokalu na poduszkach. Można by się tak położyć i leżeć cały dzień. Jednak w pozycji leżącej źle się pije, więc jednak siedzimy, a nie leżymy. I skoro już siedzimy, to warto zajrzeć do menu.

Menu to książka dla wytrwałych, samo przejrzenie strona po stronie zajmie człowiekowi minimum pół godziny. Ostatecznie, ponaglana (machanie dzwoneczkiem to niezła radocha, więc niektórzy się niecierpliwią) wybrałam napój orzeźwiający An-Cha (11,80zł, podawany w szklance 0,35l). Pycha. Naprawdę orzeźwiający. Zielona herbata plus sok ananasowy (z kawałkami owoców). Naprawdę warto spróbować.

Aczkolwiek mam pewien żal, że nie spróbowałam Sahlep. Jak przeczytałam na profilu Czajowni co tam ten napój ma w środku i jak wygląda (patrz zdjęcie z prawej)… Nic, wybiorę się na Sahlep przy pierwszej możliwej okazji i co ważne – wybór napoju zamiast 20 minut zajmie mi max. 40 sekund (bo przecież jest parę smaków napoju Sahlep, to chwilę jednak potrzebuję na wybór). A na koniec obiecałam komuś wierszyk (krótki, więc nie zaśniecie, a jak coś to napijcie się herbaty).

Dla A.

Bo my idziemy na herbatkę…

Chłop z dumą pierś wypina.

Zaraz mu jednak zrzednie mina,

Gdy usłyszy od niezazdrosnej:

Stary, żalisz się

Czy chwalisz?

Nie zrozumiał.

Poszedł na piwo.

Mam nadzieję,

Że chociaż ty Czaisz,

Że herbatka znów jest cool.

środa, 10 października 2012

Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu. Tak to jednak jest, gdy człowiekowi się nie przelewa i sukcesem nie jest „zjadłem i było dobre”, ale „zjadłem prawie za darmo i się nie pochorowałem po spożyciu”. Dzisiaj będzie więc o tym, jak mając niecałe 10 zł i pół godziny czasu na mieście, zjeść coś jadalnego i nawet zabić (odrobinę!)głód.

przed tostoria

Ostatnimi czasy panuje w naszym kraju (i nie tylko) moda na biedę młodych ludzi, bezrobocie, stracone pokolenia i takie tam. Nie mogę się doczekać aż modne będzie bycie bogatym i glamour. Z radością zmienię panujące w moim otoczeniu trendy. Póki co, na obiad zapiekanki zamiast sushi.

Zapiekanka zapiekance nierówna. Polowanie na obiad zaczynam w przejściu podziemnym koło placu Jana Pawła II. W każdym podziemiu znajdziesz bar z zapiekankami i hot dogiem, ale powiedzmy sobie szczerze – nawet będąc głodnym, nie jesteś aż tak zdesperowany by z nich skorzystać. Lecę więc dalej ulicą Ruską w stronę Heliosa. Mijam jakiś minibarek z zapiekankami, rzekomo bardzo smacznymi. Kiedyś się skusiłam. Nie polecam.

Dobiegam do Rynku i szacuje w myślach poziom ssania w żołądku. Duży głód: lecę do Zapiekanerii w Przejściu Świdnickim, mniejszy głód – lecę do Tostorii. Dobra, mniejszy głód. Poza tym mam ochotę na szpinak. Wpadam do Tostorii na Oławskiej (nawet nie ma tłoku i można sobie usiąść), zamawiam „tostini szpinak” za 5,50 zł i grzecznie czekam. Łudzę się, że skoro wzięłam szpinak zamiast szynki, to będzie zdrowiej i pożywniej, ale kogo tu chcę oszukać? Zawsze proszę o polanie sosem czosnkowym (biada temu kto poleje mi ketchupem) i jem.

Śmiało mogę rzec, że Tostoria to niemal ekskluzywny minibar z zapiekankami (w zestawieniu z budkami, kioskami koło uniwersytetu czy stołówkami i małymi barami). Faktycznie nie kłamią z chrupiącym tostini. Jadłam wielokrotnie i nigdy nie dostałam zimnej, twardej i niejadalnej. Minusem tostini szpinak jest natomiast … niedomiar składników. Sama chrupiąca bułka i szpinak to trochę mało. Nie najadłam się do końca, w połowie jedzenia zaczęłam żałować, że nie wzięłam tostini ananas, które w tej samej cenie oferuje takie składniki jak: szynka, ananas i ser.

Podsumowując: jak po zapiekankę, to do Tostorii. Jak jesteś mocno głodny, to nie inwestuj w tostini szpinak, bo się nie najesz. I ostatnie: tostini szpinak to faktycznie tostini ze szpinakiem i nic więcej. Naprawdę nic więcej. To tyle na dzisiaj, głód nie sprzyja wylewnym wpisom, ale w weekend obiecuję poprawę, bo i grosza trochę będzie i jakaś biesiada w większym gronie się zapowiada. Oby szło ku dobremu.

21:27, slodkogorzkie_zycie , bary
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
free counters